„Titanic” tonie a Berlin czuwa, by tonął radośnie…


brandenburgr-torRząd Prawa i Sprawiedliwości z jednej strony realizuje patenty, przejęte po swojej poprzedniczce – Platformie Obywatelskiej (obsadzanie państwowych urzędów i wzrost zatrudniania w administracji publicznej oraz utrzymuje bandyckie opodatkowanie mikro-przedsiębiorców ZUS-em, a dzisiejsza afera z polityczną korupcją Bartłomieja Misiewicza, cudownego dziecka PiS-u, dopełniła reszty) – z drugiej zaś strony proponuje rozwiązania populistyczne godne państwa, które z UE jest w separacji (w oddali coraz wyraźniej widać nawet rozwód). Jak wiemy premier Beata Szydło kręci w Brukseli radosne piruety, a wszelkie tąpnięcia niwelowane są uśmiechami. By zaspokoić rozgorączkowane głowy twardego elektoratu PiS, Jarosław Kaczyński zza kotary uderzył w hipermarkety, promując rodzimy biznes. Nowa ustawa, która weszła w życie 1. września tego roku, wprowadziła dwie stawki podatkowe, uzależnione od przychodu: 0,8 proc. od przychodu pomiędzy 17 a 170 mln zł oraz 1,4 proc. od przychodu powyżej 170 mln zł miesięcznie. Kwota wolna od podatku wynosi 204 mln zł rocznie. Wolta przeciwko banksterom nie dała nam długo czekać na reakcję „betonu” z Brukseli. Według nieoficjalnych informacji, jakie napływają z Brukseli, Komisja Europejska może zablokować uchwalony przez polski parlament podatek obrotowy od handlu detalicznego. W przypadku negatywnej dla Polski decyzji, budżet państwa może stracić nawet 1,5 mld złotych. Komisja bada również prawidłowość wprowadzenia podatku bankowego. Komisja Europejska ma wątpliwości co do zróżnicowania stawek podatkowych i wysokości kwoty wolnej od podatku. Może to wpływać na wykreowanie bardziej preferencyjnej pozycji dla małych sklepów, co właśnie było głównym celem PiS-u, który jako pierwszy rząd wstawił się za rodzimym handlem. Prawo i Sprawiedliwość, wzorując się na rozwiązaniach węgierskich, nie przedstawiło polskiej opinii publicznej – jak te rozwiązania się skończyły.

***

Podatek obrotowy od sklepów wielkopowierzchniowych węgierski rząd wprowadził w 2010 r., po wygranych przez Fidesz wyborach. Jego maksymalna stawka dla największych sieci handlowych wynosiła wówczas 2,5 proc. rocznych obrotów. Najwyższą stawkę miały płacić sieci, osiągające przychody powyżej 300 mld forintów (powyżej 4 mld zł). Największym jego płatnikiem byłoby więc Tesco – węgierski fiskus zebrałby od sieci równowartość grubo ponad 100 mln zł. Po reformie krajobraz  Budapesztu zdominowały sklepy lokalne. Tamtejszy rząd również sprzyjał lokalnym przedsiębiorcom, ale jak zwykle do czasu…

Rząd Orbana musiał się jednak wycofać z nowego podatku po wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. 15. lipca 2015 r. Komisja Europejska uznała, że takie stawki podatku dyskryminują sieci handlowe o wysokich dochodach i nakazała ich korektę, sugerując, iż mogą one być niezgodne z prawem europejskim. Rząd w Budapeszcie ugiął się pod presją i zawiesił podatek do czasu zakończenia postępowania wyjaśniającego. Obecnie wszystkich handlowców obejmuje ujednolicona stawka w wysokości 0,1 proc. od obrotu.

Węgierska wolta trwała pięć lat. Nasza, ledwie się zaczęła a już wzbudziła zgrzytanie zębów unijnych urzędników.

Jean-Claude Juncker uderza bezpośrednio w polską gospodarkę. KE chroni interesy zagranicznych koncernów. Berlin już zapomniał o bandyckim zachowaniu względem naszej gospodarki, kiedy budowano niemieckie markety w Polsce i dawano im co 5 lat ulgi podatkowe. To jest równa konkurencja z polskim handlem? Wolny rynek, zachwalany przez panów Lewandowskiego i Balcerowicza? Zapomniano również o ekspansji niemieckiego kapitału na rynek wschodni, wspomaganej miliardowymi pożyczkami z BANKU ŚWIATOWEGO dla niemieckich firm: Kauflandu i Lidla.

Niemcy własne stocznie wspierali z budżetu, Polsce natomiast podobnej ochrony zabronili, bo to już pomoc publiczna! Za najbardziej proniemieckiego premiera RP, czyli Tuska, sprawy stoczni Polacy mieli z głowy. W 2009 r. bankrutowała sztandarowa niemiecka marka samochodowa – Opel. Nikt wtedy nie patrzył na unijne przepisy – priorytetem było uratowanie koncernu poprzez zastrzyk finansowy. Co zrobiono, bo Niemcom było wolno!

b-tor2

Rząd Prawa i Sprawiedliwości gra na czas, płynąc dziurawą jak sito szalupą. Miast szukać rozwiązań, godnych mężów stanu, siedzimy nadal w tym samym miejscu, czekając na utonięcie. Populizmem nie da się uratować Polski, szansą – i to nikłą – może być tylko Polexit, czyli procedura wyjścia z bandyckiego dla słabszych państw tworu, jakim jest Unia Europejska. Obecnie jesteśmy w stadium wojny ekonomicznej. Zagraniczne koncerny, unikające opodatkowania, opanowały segment detaliczny i hurtowy w Polsce (skupy płodów rolnych, skupy węgla i metali kolorowych). Dodatkowo czynią zakusy na rynek aptek, aby zrobić z polskiego pacjenta – zakładnika. Rzeczywistość wyraźnie podpowiada, że w Polsce nie może zmienić się nic – takie są fakty! Podporządkowanie Berlinowi (bezpośrednie i pośrednie, poprzez Brukselę) wszelkie reformy – sensowne i mniej – z góry skazuje na porażkę. Wygląda bowiem na to, iż USA z wolna zabierają swoje „zabawki” ze Starego Kontynentu do Azji, Niemcom pozostawiając w Europie niemal wolną rękę.

Roman Boryczko

Za: http://www.siemysli.info.ke/

 

Source: „Titanic” tonie a Berlin czuwa, by tonął radośnie…