„Abramka” story


1Łódź ma bogatą historię robotniczych zrywów i walki o swoje, co dziś jest raczej heroizmem obcym. Aż dziw bierze, że wystarczyło dać robotnikowi dyskont i x boxa do grania i zabijania czasu – a ów robotnik, szczęśliwy jak nigdy, daje się doić przez zagranicznych lichwiarzy, którzy takich praktyk nigdy by nie stosowali u siebie. Do tego dodać należy dzisiejszą atmosferę – ciężką i nieznośną. Ludzie pozamykani w swych umysłowych klatkach nie mają nawet możliwości przegadać swoich smutków. Kiedyś praca była tylko częścią życia. Drugą częścią była wspólnota, sąsiedzi, pomoc wzajemna w potrzebie, podrzucanie sobie dzieci, dzielenie się tym, co w biedzie jeszcze się ostało.

Jest taka ulica w Łodzi, choć jej charakter zmienił się z biegiem lat a dzisiejsze zmiany w urbanistyce niegdyś robotniczego miasta – zupełnie ją kastrują. Okolica owej ulicy również dziś się zmienia. Obskurne sutereny ulicy Kilińskiego, brud, dewastacja, odrapana rzeczywistość – odsuwane są przez kapitał i inwestycje komercyjne. Gentryfikacja wdziera się na zamknięte niebezpieczne rewiry. Niegdyś z nożem nie podchodź – dziś to przepite zakapiory są zjawiskiem dla licznych wycieczek i globtroterów, pstrykających foty tym skamielinom w dzwonach z lat 90. Przy ul. Tymienieckiego 16B, w sąsiedztwie zabytkowych famuł, postawionych przez fabrykanta Karola Scheiblera, ale także tuż przy budującym się nowym osiedlu, powstał kolejny w Łodzi sklep sieci Lidl, nietypowy, bo dostosowany do stylowej zabudowy. Jest  wykończony czerwoną cegłą, tak, by wpisywał się wizualnie w architekturę zabytkowych kamienic i fabryk. Bogatych japiszonów stać na ekstrawagancję, a samo mieszkanie w centrum w tak stylowych mieszkaniach, również dodaje prestiżu. Poprzednia inwestycja, jaka miała miejsce również w okolicy ul. Abramowskiego nie zaznała aż tyle szczęścia. Firma MNE, która wybudowała lofty w budynku dawnej przędzalni zakładów Karola Scheiblera, ogłosiła upadłość latem 2012 roku, zostawiając pokaźną pulę niesprzedanych mieszkań. Ich upłynnieniem zajmował się syndyk – a wystawiając je za cenę 170 000 zł za mieszkanie, sprzedał wszystkie na pniu. Wracając do naszej magicznej ulicy – warto przybliżyć bliżej czytelnikom jej powojennego patrona.

szablon1

Edward Abramowski urodził się w 1868 roku w bogatej ziemiańskiej rodzinie na Kresach. Dojrzewał w czasie, gdy w Polsce kiełkował ruch socjalistyczny, ten autentyczny ruch ludowy, nie zdegenerowany „betonem” partyjnym i „spadochroniarzami” z ZSRR.  Kiedy 1. maja 1890 roku robotnicy organizują w Warszawie pierwszą demonstrację z okazji święta majowego (jedyną wówczas w Rosji, co oznacza, że Warszawa jest ważnym centrum ruchu robotniczego) Abramowski jest już znany w środowisku lewicy. Abramowski zakłada kasy oporu, które realnie wspomagają strajkujących i mają wymiar czysto ekonomiczny. Kilka strajków zakończyło się sukcesem. To był dowód, że solidarność ma wielką moc sprawczą, a Abramowski umie „przemawiać” swoimi broszurami. Od tej pory pisanie agitacyjnych broszur, cieszących się dużą popularnością i tworzenie statutów nowych instytucji, towarzyszyć będą Abramowskiemu właściwie do końca życia. Stał się ważną osobą, która mocno przyczyniła się do zjednoczenia ruchu socjalistycznego i powstania PPS. Abramowski szybko dystansuje się jednak od marksizmu. Coraz wyraźniej określa się na pozycji zwolennika socjalizmu bezpaństwowego, twierdząc, iż rewolucja przeprowadzona odgórnie, bez społecznego zaangażowania, bez przemiany moralnej mas – nie może się udać. Socjalizm państwowy – twierdził na wiele lat przed rewolucją październikową – prowadzić będzie do jeszcze większego zniewolenia. Aparat represji ideę walki klas przeniósł na front walki z obywatelem. Była więc wizja socjalizmu opartego na wolności, istniała cała grupa zapaleńców, trzeba było pokazać drogę. Rolę tę spełni broszura pt.: „Zmowa powszechna przeciw rządowi” wydana w 1905 roku. Zasada jest prosta: zanim uda się wyrzucić rząd carski z Polski – trzeba go wyrzucić z codziennego życia. Nie wolno korzystać z jego szkół, urzędów, policji, sądów. Nie wolno brać państwowych posad, kupować papierów wartościowych, grać w państwowej loterii… Bojkot, bojkot, bojkot… Rewolucja 1905 roku przegrała, ale metoda Abramowskiego święciła sukcesy (choć tylko w niektórych obszarach). Do myśli tej odwoływała się inteligencja, zakładająca polskie szkoły, robotnicy i chłopi, którzy w spółdzielczości dostrzegali sposób na poprawę swego losu. Tak zacna osobistość powinna w robotniczym mieście, jakim jest Łódź, dostać jedną z głównych ulic, nazwiskiem uhonorować najpiękniejszy park czy inną instytucję, jaka w swym założeniu ma łączyć ludzi. Edward Abramowski, jako daleki od komunistycznej etyki kloacznej, w mieście włókniarek został patronem ulicy niezwykłej, niewielkiej bo 500-metrowej, ale takiej, co na zawsze wpisała się w łódzką legendę miejskich opowieści.

2

Ul. Abramowskiego powstała w 1900 roku jako łącznik ul. Kilińskiego (wtedy Widzewskiej) z ul. Sienkiewicza. Podobno nazwa „Abramka” to już powojenny wymysł, wcześniej na tę ulicę mówiło się „Gubernia”. Najpierw bowiem ulicę tę nazywano Gubernatorską. Jeden z pierwszych budynków wzniesiono pod nr 34.

Na tyłach domów po stronie parzystej znajdowała się od 1899 roku fabryka Albana Auricha, przeniesiona tu z ulicy Sienkiewicza 9, produkująca pończochy i rękawiczki (wjeżdżało się do niej od ulicy Kilińskiego 161). W latach 1923-1924 w sklepie Marcjanny Sadowskiej przy Abramowskiego 29 pracowała Helena Kowalska, przyszła święta Faustyna, posłanniczka Bożego Miłosierdzia. Nad bramą wisi, przypominająca o tym tablica. Po wojnie nadano jej imię Edwarda Abramowskiego. Kiedyś mieszkali tu ludzie, związani z tą ulicą od początku. Wszyscy się znali i człowiek „z zewnątrz” źle się tu czuł. W latach siedemdziesiątych jeszcze każdy lokator mył korytarz na klatce schodowej. Po skończonej pracy wieszał kawał drewienka ze szmatą na drzwiach sąsiada. Ten mył korytarz  w następnym tygodniu.  Nie było „menelstwa”.

5

Na świeżo wymytych korytarzach kładziono gazety. Bardziej kolorową stroną „Abramki” jest ta od podwórek. Tam wielu mieszkańców zrobiło sobie ogródki, wybudowało nawet małe altanki. Było często na tej magicznej ulicy tak, że ludzie tu mieszkali i cieszyli się życiem i spokojnym wypoczynkiem.  Przy ulicy Abramowskiego stoją wysokie strzeliste kamienice, jedna obok drugiej, po obu stronach ulicy. W większości znajduje się tam sporo małych mieszkań, takich po kilkanaście metrów. Dzięki ścisłej zabudowie i małym metrażom, w latach 40. XX wieku mieszkało w kamienicach przy Abramowskiego około 12 tysięcy ludzi!!! To było miasto w mieście. W ówczesnych czasach przy Abramowskiego powstał nawet komisariat policji.  Na początku lat 50. po południowej stronie „Abramki” zburzono większość oficyn i budynków gospodarczych, w ich miejscu wykopano szeroki rów, ciągnący  się wzdłuż ulicy.

3

6

W tym potężnym wykopie wybudowano rzędy komórek i śmietniki, przeznaczone do użytku mieszkańców. Pomiędzy nimi biegnie jezdnia, wyłożona trylinką.  Z podwórek poprowadzono zejścia, a na powierzchni utworzono tereny zielone, osłonięte ażurowym murkiem. Po wybudowaniu komórek, znajdujący się za nimi ogród, zwany przez mieszkańców ulicy „Polem”, zamieniono na pasaż, przypominający mały park.  Powstał on na dawnym terenie ogrodu Barcińskich. Stał się on miejscem odpoczynku i relaksu okolicznych mieszkańców i nie tylko. Zachętą do odwiedzania tego skweru jest duża ilość ławek, drzewostanu. Nie zapomniano o najmłodszych milusińskich, dla których stworzono plac zabaw, a fani futbolu mogą pograć w piłkę na niewielkim boisku. Liczące ponad 400 m „Katakumby” stały się ulubionym miejscem dziecięcych zabaw, a ich nietypową urodę wykorzystują często studenci pobliskiej Filmówki. Za każdą z kamienic znajdują się schody, prowadzące w dół do tego magicznego miejsca. Co tam jest takiego magicznego? Na pierwszy rzut oka nic, a wręcz powiedział bym, że miejsce odstrasza. Oprócz komórek, znajdują się tam również kosze na śmieci, z których niekiedy się „wylewa”, a ich zawartość „wędruje” przy pomocy kotów, gołębi, meneli, po całej długości i szerokości uliczki. Niemniej jednak, całość tworzy tak mroczny i niezapomniany klimat, że człowiek chętnie tam wraca. Czy pamiętacie teledysk zespołu Maanam – „Kreon”? Powstał on właśnie w łódzkich katakumbach. Wszystko zaczęło się psuć, gdy nieodżałowany Edward Gierek zaczął budować bloki z wielkiej płyty. Z czasem jednak w mieszkaniach ludzi, którzy przeprowadzali się do bloków, kwaterowano tymczasowo robotników, przyjeżdżających do pracy, ludzi z eksmisji, zwyczajnych kryminalistów po długich wyrokach. Im nie zależało na niczym. Nie dbali o nic. Wyczekiwali tylko, aż dostaną mieszkanie zakładowe w blokach lub pójdą znów do więzienia. W latach 80. i 90. XX wieku w kamienicach przy Abramowskiego mieszkało bardzo dużo ubogich rodzin, wręcz patologicznych, przez co do miejsca tego przylgnęła zła łatka, a ulica obok popularnej „Limanki” stała się jedną z najniebezpieczniejszych ulic w Łodzi. Muszę przyznać, że wówczas było tam faktycznie niebezpiecznie, pamiętam naprawdę sporą ilość szemranego towarzystwa, przesiadującą w małym parczku, znajdującym się za „Katakumbami”. Przejście przez parczek lub „Katakumby” wieczorową porą, stanowiło swoistego rodzaju przygodę. Natomiast, tak jak napisałem już wcześniej, całość tworzyła i tworzy miejsce kultowe, o którym można opowiadać przeróżne historie, gdzie mimo wszystko chce się wracać, żeby poczuć ten klimat, ten mrok „Katakumb”, ten strach, ten dreszczyk emocji. Wielu „pijaczków” dziś wymarło. Padli ofiarą alkoholowych wynalazków. Tyle, że starzy są, zniszczeni przez alkohol. Dziś trzeba tylko uważać na tych podpitych czy naćpanych dopalaczami nastolatków, którzy potrafią ograbić swoją ofiarę w biały dzień i zostawić w samych majtkach. „Frajerów” nie brakuje, wszak rzut „beretem” od ciemnej strony miasta znajduje się miejsce, odwiedzane przez nowobogackich – Galeria Łódzka.

4
7

Miałem kilku znajomych, zamieszkujących te rewiry i ich obraz w pełni pokrywa się z nadaną ulicy opinią. Gdy tylko zasiedlono ją menelstwem, to jak robactwo niszczyło ono wszystko na swojej drodze. Incydenty takie jak zabójstwa sąsiadów, zapicia na śmierć czy marskość wątroby u kilkunastolatków były i pewnie są tam na porządku dziennym. Przejeżdżając obok ulicy Abramowskiego ulicą Kilińskiego wcześnie rano – widzimy tabun ludzi przy monopolowym. Maja tam dyżury całą dobę – piją, budzą się, mdleją z przepicia i znów płyną w tym szalonym ciągu. Śpią tam, gdzie akurat „przycumują” ich przepite zwłoki. Z tego miejsca w latach 90. wieczorami wyruszała na łowy zwykle kilkunastoosobowa wataha zatraceńców. Polowali oni na studentów czy posiadaczy pierwszych gadżetów elektronicznych, które później upłynniano na wyskokowe trunki i prymitywną zabawę. Ul. Abramowskiego od zawsze kibicuje Łódzkiemu Klubowi Sportowemu choć termin „kibicuje” jest mocno naciągany. Dzieciaki z ulicy albo na mecze chodzą lub tylko za swój klub się biją – z braku pieniędzy nie będąc nigdy na prawdziwym meczu. Klimat lat 90. jest tu mocno zakorzeniony i w momencie kiedy ulica ma „gości” wszyscy, którzy utożsamiają się z ŁKS i życiem ulicznym wiedzą, co mają robić. Dzieje się tu coś praktycznie cały czas, choćby z racji położenia. Odwiedzają ulicę Abramowskiego wrogowie z różnych części miasta, toteż bycie w ciągłej gotowości jest tutaj normalne. Bywa różnie, raz na wozie raz pod wozem. W latach 90. na „Abramce” mieszkało kilku kibiców Widzewa. To tak na fali sukcesów, które na niwie sportowej odnosili czerwono-biało-czerwoni. Wszyscy się ze wszystkimi znali, więc nawet taka sytuacja była tolerowana. Więcej. Na „Abramce” mieszkał człowiek, który aktywnie udzielał się w ekipie sportowej Widzewa oraz był jednym z założycieli groźnej bojówki RTS-u „Destroyers Hooligans Widzew”.  Niestety chłopakowi nie pisane było długie życie. Oczywiście – wszyscy go znali, bo był kumplem z ulicy. Wspólne picie wódki i biesiady były zupełnie normalne i na miejscu. Zażyłości z osobami, będącymi znanymi personami na ŁKS, też na porządku dziennym. Dziwne? Pewnie, że dziwne dla kogoś, kto obserwuje chuligańskie wyczyny fanów obu łódzkich klubów. Pobicia z użyciem niebezpiecznych narzędzi, katowanie, niszczenie przeciwnika bez stosowania żadnych zasad… Obcy nie może chyba uwierzyć w to, co widzi. Takie były czasy dawniej.

8

Napis przy graffiti „Sami przeciw wszystkim” doskonale oddaje sytuację, w jakiej są aktualnie mieszkańcy „Abramki” i jednocześnie fani Łódzkiego Klubu Sportowego. By było zabawniej, reaktywowana drużyna Widzewa Łódź wobec braku stadionu, swe mecze rozgrywa na boisku Włókniarza Łódź, zwanego SMS, oddalonego od słynnej „Abramki” o… kilkaset metrów. W dniu meczów „czerwonych” ulica jest prawdziwą twierdzą.

9

Ale dni lokatorów, waletujących całe życie, są już policzone. Śródmieście Łodzi będzie tylko dla bogatych. Biedota nie jest potrzebna nikomu.

Roman Boryczko,

Za: http://www.siemysli.info.ke/

Source: „Abramka” story