Wojciech Sumliński:LOBOTOMIA 3.0 – TAJEMNICA ŚMIERCI KSIĘDZA JERZEGO.


Osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez najbliższych współpracowników ksiądz Jerzy Popiełuszko samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu.

 2 listopada 1984 roku we wczesnych godzinach rannych na biurku pułkownika Adama Pietruszki, wicedyrektora Departamentu IV MSW, zadzwonił telefon, linia rządowa. Informacja od ministra spraw wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka była krótka i lakoniczna: konieczne jest natychmiastowe spotkanie, w cztery oczy. Gdy kilkanaście minut później pułkownik Pietruszka zameldował się w gabinecie generała Kiszczaka, ten z miejsca przystąpił do meritum.

„– Generale Pietruszka, trzeba dać się chwilowo zamknąć.

Jak towarzyszowi ministrowi wiadomo, jestem pułkownikiem. A po wtóre o jakim zamknięciu mowa?

Mój zwrot „generale”, to nie przejęzyczenie. To oczywisty koszt za zrealizowanie przez was trudnej roli.

Ale dlaczego ja?

Bo organizacyjnie Piotrowski przy was jest najbliżej.

Organizacyjnie najbliżej, ale Piotrowski wykonuje jakieś tajemnicze zlecenia, w tym i to ostatnie, nad którym ja nie ma żadnej kontroli.

Tym też się zajmę, a wasze organizacyjne usytuowanie będzie przejrzyste i do przyjęcia przez opinię publiczną. Unikniemy przez to prowadzenia sprawy w głąb.

Nie będzie wyjaśnienia sprawy?

A cóż tu wyjaśniać. Tu trzeba jak najszybciej publicznie się uwiarygodnić, a na wyjaśnienia przyjdzie czas.

Nie! Niech to będą wiarygodniejsi, na przykład generałowie.

To jeszcze gorzej, wyglądałoby na pucz generalski. A tutaj idzie o pryncypia.

Nie!

Słuchajcie, są sytuacje, w których się nie odmawia.

Skoro tak wzniosła sytuacja, to dlaczego towarzysz minister rozpoczął od tak niskich względów? Dlaczego apeluje się do mojej próżności posługując się generalskim mirażem, a nie na przykład do zawodowej lojalności czy ideowości?

Przepraszam, wyszło niezręcznie i trochę po kupiecku. Powinienem zacząć od potrzeby sytuacji, a nie od nagrody.

Taką , i tak zdobytą, nagrodą nie jestem zainteresowany, a potrzeby niech zaspokaja ten, kto je wywołał.

Zaczynamy filozofować udając niezrozumienie sytuacji.

Bo ja jej nie rozumiem.

Dobrze, jeszcze powrócimy do sprawy”.

8 czerwca 1990 roku ten niezwykły dialog został zapisany w protokole przyjęcia ustnego zawiadomienia o przestępstwie.

Treść rozmowy odtworzył z zapisków sporządzonych po rozmowie z Czesławem Kiszczakiem niedoszły generał. Przebywający wówczas w zakładzie karnym w Barczewie Pietruszka zapewniał, że zawiadomienie o przestępstwie, spisane w obecności dwóch przedstawicieli Komitetu Helsińskiego, Marka Nowickiegoi Andrzeja Rzeplińskiego, wiernie odzwierciedlało przebieg rozmowy z 2 listopada 1984 roku w gabinecie szefa MSW, który „za zrealizowanie trudnej misji” gwarantował generalskie szlify.

Analizując ten niecodzienny dialog Kiszczaka z Pietruszką, wskazujący, że pułkownik miał być „kozłem ofiarnym”, nie wolno zapominać o jednym istotnym fakcie. Nawet jeśli w tym konkretnym wypadku Pietruszka mówi prawdę – a wskazuje na to szereg innych dokumentów ze śledztwa rozpoczętego na początku lat dziewięćdziesiątych i kontynuowanego przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego – nie zmienia to faktu, że jako wicedyrektor Departamentu IV MSW jest współodpowiedzialny za zbrodniczą działalność podlegającej mu komórki. Jeżeli nawet pułkownik Adam Pietruszka nie brał bezpośrednio udziału w wykonaniu zbrodni, to jako wiceszef Departamentu aprobował wszystkie przestępcze posunięcia swoich podwładnych, którzy przez szereg miesięcy terroryzowali kapelana Solidarności. Co więcej, w kalendarzu Adama Pietruszki z 1984 roku, do którego dotarli prokuratorzy, znajduje się dyskredytujący pułkownika zapis: „Urodziny Czesława, a oni chcą 13”. Zapis ten wskazuje, że Pietruszka doskonale orientował się w zamiarach dotyczących zabójstwa, pierwotnie planowanego na 13 października 1984 roku, ale sam optował za wykonaniem akcji 19 października – w dzień urodzin Czesława Kiszczaka. Tym samym Adam Pietruszka jest co najmniej współodpowiedzialny za wielomiesięczne prześladowania księdza Jerzego oraz za samą zbrodnię. Jego wyrażony wobec Kiszczaka protest wynikał najprawdopodobniej z przerażenia rolą, jaką generał mu wyznaczył: rolą najwyższego rangą przedstawiciela MSW odpowiedzialnego za zbrodnię, a zatem jej pomysłodawcy.

Rozmowa między szefem MSW generałem Czesławem Kiszczakiem i wicedyrektorem Departamentu IV MSW, niedoszłym generałem Adamem Pietruszką miała miejsce na kilka godzin przed aresztowaniem Pietruszki i kilka dni po innym niezwykłym wydarzeniu.

Rankiem 26 października 1984 roku Waldemar Chmielewski i Leszek Pękala, funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili księdza Jerzego Popiełuszkę, zostali przywiezieni na miejsce zbrodni. W asyście funkcjonariuszy MO oprawcy zostali przyprowadzeni na tamę. Mieli wskazać, gdzie tydzień wcześniej – jak zeznali – wrzucili ciało zamordowanego księdza. Mimo nacisków i sugestii towarzyszących im milicjantów, Chmielewski i Pękala nie byli w stanie wskazać miejsca zrzucenia zwłok. W zgodnej relacji kilku świadków, m.in. nurków, którzy tego dnia znajdowali się na tamie i na podstawie wskazań oprawców mieli poszukiwać zwłok księdza, Pękala i Chmielewski sprawiali wrażenie całkowicie zdezorientowanych. Doszło do tego, że Leszek Pękala wskazał miejsce po drugiej stronie zapory, na tzw. górnej wodzie!

Wskazywałoby to, że Chmielewski i Pękala nie wiedzieli, gdzie wraz z Piotrowskim rzekomo wrzucili zwłoki do wody, co pośrednio potwierdzałoby wersję trzech rybaków, według których ciało księdza Popiełuszki miało zostać wrzucone do akwenu 25 października – dwa dni po zatrzymaniu Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego i Leszka Pękali. To z kolei oznaczałoby, że trzej funkcjonariusze SB, którzy uprowadzili i katowali księdza, nie zatopili jego ciała w nurtach Wisły.

A to oznacza, że mieli wspólników w swojej zbrodni.

Kim byli ich kompani?

Dlaczego przez te wszystkie lata od czasu zbrodni trzej bezwzględni zbrodniarze z SB, którzy bestialsko pastwili się nad księdzem Jerzym i co najmniej doprowadzili go do granicy śmierci – milczą?

Kogo i dlaczego od trzydziestu lat osłaniają?

W świetle relacji świadków i dokumentów, które opatrzono klauzulą najwyższej tajności, widać, że za kulisami zbrodni kryła się bardzo logiczna i przebiegła gra, a uprowadzenie i zamordowanie księdza stanowiło kombinację operacyjną na niespotykaną dotąd skalę, obliczoną na gigantyczny efekt. Widać zarazem, jak potężne środki zostały w tej grze użyte.

By to jednak zrozumieć trzeba cofnąć się do wydarzeń poprzedzających zbrodnię.

W homiliach z lata 1984 roku ksiądz Popiełuszko odnosił się m.in. do kwestii uzależnienia Polski od Związku Radzieckiego. „Dzięki chrześcijaństwu jesteśmy powiązani z kulturą Zachodu i dlatego mogliśmy się oprzeć kulturom narzucanym przez wrogów”. Reakcja nastąpiła niemal natychmiast. 12 września 1984 roku atak na osobę księdza Jerzego Popiełuszkę przypuściły moskiewskie „Izwiestia”. W tekście „Lekcja za darmo” warszawski korespondent tej gazety ostro skrytykował władze PRL i zarzucił im,że tolerują „wystąpienia” księdza Popiełuszki, które są prowokacją wobec Związku Radzieckiego i mają na celu zburzenie przyjaźni między narodami Polski i ZSRR.

Generał Wojciech Jaruzelski miał świadomość, że żaden korespondent „Izwiestii” nie pozwoliłby sobie na krytykę najwyższych władz „bratniego kraju” bez zgody najwyższych moskiewskich czynników. Słusznie wnioskował, że to wyraźny i jednoznaczny sygnał do rozprawienia się z ośrodkiem żoliborskim i jego duchowym przywódcą. Impuls reprezentatywnego dla władz radzieckich pisma stanowił jedynie zewnętrzny wyraz ustaleń, które zapadły w gabinetach moskiewskich najwyższego szczebla. Bo i tej miary był to „problem”.

Oczywiste stało się, iż ksiądz Jerzy Popiełuszko „musi zamilknąć”, należy z nim postąpić „na granicy zawału” – te sformułowania były powtarzane na naradach roboczych u kapitana Grzegorza Piotrowskiego i pułkownika Adama Pietruszki.

Trzy dni po ukazaniu się artykułu w „Izwiestiach”, 15 września 1984 roku, zarządzono obserwację kontrwywiadowczą późniejszych sprawców uprowadzenia księdza – Grzegorza Piotrowskiego, Waldemara Chmielewskiego, Leszka Pękali i Adama Pietruszki. Według obowiązujących przepisów resortowych tylko minister spraw wewnętrznych był władny zarządzić obserwację funkcjonariuszy tego resortu. Meldunki z obserwacji jednocześnie spływały bezpośrednio na biurka Czesława Kiszczaka i Wojciecha Jaruzelskiego.

Fakt ten koreluje z inną informacją – Czesław Kiszczak trafił do MSW właśnie z kontrwywiadu wojskowego, którego szefem był w latach siedemdziesiątych. Choć obserwacja, stanowiąca część misternie przygotowanego planu gigantycznej operacji, opatrzona została klauzulą najwyższej tajności, Piotrowski został o niej ostrzeżony. Informację o tym, że ma „ogon”, przekazał mu znajomy z Biura „B” MSW, który za to ostrzeżenie trafił na trzy lata do więzienia (pod pretekstem skazania za przestępstwo pospolite).

Reżim już we wrześniu 1984 roku wytyczał skład przyszłej ławy oskarżonych w przygotowywanym dla nich procesie przed Sądem Wojewódzkim w Toruniu. W tamtym czasie działalność księdza Jerzego Popiełuszki, początkowo nie wykraczająca poza struktury środowisk, w których pełnił posługę duszpasterską (służba zdrowia, hutnicy), z czasem objęła szerokie kręgi. Gromadzące rzesze wiernych Msze Święte, odprawiane przez księdza Jerzego w intencji Ojczyzny, zaczęły być dla władz reżimowych poważnym problemem. Parafia Św. Stanisława Kostki stała się ośrodkiem skupiającym działaczy podziemnej „Solidarności”, którego oddziaływanie nabrało z czasem charakteru ogólnopolskiego. Tak zwany problem księdza Jerzego Popiełuszki w szybkim tempie przeistaczał się z problemu jednego kapłana w poważny dylemat polityczny, istotny z punktu widzenia zachowania „kursu pogrudniowego”. Dalsza zgoda na działalność księdza mogła oznaczać odrodzenie ruchu solidarnościowego pozostającego poza kontrolą resortu spraw wewnętrznych.

Nie pomagały szykany stosowane przez resort w podobnych sytuacjach: groźby, prowokacje, próby oszczerczego ośmieszenia w wystąpieniach i brukowych artykułach Jerzego Urbana. W lipcu i sierpniu 1984 roku na mocy ustawy amnestyjnej więzienia opuściła większość działaczy niepodległościowych, z których część od razu przylgnęła do żoliborskiego ośrodka. Spotykali się tutaj ludzie różnych opcji, również światopoglądowo będący poza Kościołem – jedyną legalnie działającą instytucją, która w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych przeciwstawiała się – przeważnie nie otwarcie – reżimowym władzom PRL. Parafia Św. Stanisława Kostki była na tej „mapie oporu” najbardziej wyrazistym punktem w Polsce.

W tej sytuacji dalsze tolerowanie działalności księdza Jerzego Popiełuszki stało się dla władz nie do przyjęcia, tym bardziej, że grożące ze strony kapłana Solidarności niebezpieczeństwo dla socjalistycznego status quo w Polsce coraz bardziej niepokoiło także towarzyszy moskiewskich.

Wokół kapelana Solidarności zaciskała się niewidzialna pętla, nieuchronnie zbliżał się czas definitywnego „rozwiązania problemu Popiełuszki”.

Równocześnie w drugiej połowie września i na początku października ksiądz Jerzy otrzymywał znacznie więcej niż kiedykolwiek listów z pogróżkami i gróźb telefonicznych. Narastało zagrożenie, sytuacja księdza pogarszała się w błyskawicznym tempie, a jego los był już w tym momencie przesądzony: musiał zamilknąć, bądź – co bywa o wiele milej widziane przez każdą policję polityczną na świecie – mówić, ale jako jej przeobrażony współpracownik. Innymi słowy – jedyną szansą księdza było ocalenie życia za cenę pogrzebania ducha.

W zamyśle reżimowych władz rozwiązanie „problemu” miało nastąpić poprzez wysłanie księdza do Rzymu – po uprzednim zwerbowaniu – bądź poprzez stopniowe osaczanie i izolowanie kapłana – co miałoby poprzedzić „ostateczne rozwiązanie”.

SB miało wśród kościelnych hierarchów wyrobić księdzu Popiełuszce opinię karierowicza. Funkcjonariusze realizowali to zadanie z właściwą dla SB perfidią i cynizmem. SB deprecjonowała dokonania i samą osobę księdza Jerzego w oczach przedstawicieli Kościoła, a jednocześnie prowadziła działania obserwacyjne, osaczała go agentami i tajnymi współpracownikami. Latem 1984 roku kilku funkcjonariuszy w samochodach śledziło księdza non stop. Wzmożono wokół niego – i tak już bardzo intensywne – działania inwigilacyjne, organizując siatkę informacyjną na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki, kierowaną przez SB.

Praktycznie nie było tygodnia, by hutnicy starający się chronić księdza Jerzego nie znajdowali nowych aparatur podsłuchowych, „pluskiew”, lokowanych na parafii przez agentów SB. Monitorowany był każdy krok i każde spotkanie kapelana Solidarności.

W tamtym czasie ksiądz Jerzy mówił na spotkaniach z najbliższymi współpracownikami, że zaczyna tracić zaufanie do swojego kierowcy Waldemara Chrostowskiego, poważnie rozważał zatrudnienie innego kierowcy, ale właśnie wtedy, we wrześniu 1984 roku, doszło do wydarzenia, które zmusiło księdza do odstąpienia od zamierzeń względem Chrostowskiego. Na miesiąc przed uprowadzeniem, nigdy nie ustaleni sprawcy podpalili mieszkanie kierowcy księdza. Skutek by taki, że zamiast rozstać się z Waldemarem Chrostowskim, ksiądz Jerzy pozwolił mu – jako czasowo bezdomnemu – zamieszkać u siebie i od tego momentu, aż do uprowadzenia miał go już non stop przy sobie. W całej sprawie – jak pokazał czas – było jednak drugie dno. Prowadzone kilka lat później przez prokuratora Andrzeja Witkowskiego śledztwo wykazało, że w wieczór poprzedzający podpalenie, Waldemar Chrostowski wyniósł z mieszkania wszystkie cenne rzeczy: kolorowy telewizor, magnetowid – w pierwszej połowie lat 80 był to absolutny unikat – i wiele innych.

Czy mogło być dziełem zwykłego przypadku, że jednego wieczora – jak ustalił prokurator Andrzej Witkowski – wyniesiono z mieszkania wszystkie cenne rzeczy, a już następnego wieczora mieszkanie spłonęło, co, de facto, uniemożliwiło księdzu Jerzemu rozstanie z kierowcą?

Dla prokuratora Witkowskiego, który nie wierzył w taką zbieżność wydarzeń, sytuacja ta stanowiła potwierdzenie innych dowodów i przesłanek dotyczących Waldemara Chrostowskiego, które złączone w całość wskazywały, że kierowca księdza Jerzego mógł odegrać w całej sprawie inną rolę.

Poszkodowany przyznaje, że wyłączną odpowiedzialność za wyrządzoną mu krzywdę ponoszą osoby skazane wyrokiem sądu Wojewódzkiego w Toruniu w dniu 7 lutego 1985 roku. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych mając na uwadze, iż czyn oskarżonych godził nie tylko w zdrowie poszkodowanego, ale i w interes Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej – a zwłaszcza w bezpieczeństwo wewnętrzne oraz to, że wobec długotrwałych kar pozbawienia wolności nie będą oni w stanie zaspokoić słusznych żądań W. Chrostowskiego postanawia, kierując się pobudkami humanitarnymi, wynagrodzić powstałą szkodę ze środków budżetowych. Skarb Państwa – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oceniając charakter obrażeń ciała poszkodowanego, stopień uszkodzenia przedmiotów osobistego użytku oraz rozmiar wyrządzonej mu krzywdy, zmniejszającej możliwości zarobkowe oraz widoki powodzenia na przyszłość, zobowiązuje się wypłacić, a pełnomocnik Waldemara Chrostowskiego przyjąć tytułem odszkodowania łączną kwotę 1 650 000 zł, z tym, że zaspokojenie roszczenia obejmuje:

zadośćuczynienie 600 000 zł,

odszkodowanie za straty materialne spowodowane wypadkiem, w postaci zniszczonych przedmiotów, utraconych dochodów i kosztów dożywiania 250 000 zł,

odszkodowanie jednorazowe w miejsce renty wyrównawczej 800 000 zł,

ogółem 1 650 000 zł

Pełnomocnik adwokat Edward Wende w imieniu poszkodowanego Waldemara Chrostowskiego oświadcza, że wypłacona mu kwota stanowi pełną rekompensatę za wyrządzoną szkodę oraz zrzeka się dalszych roszczeń z tytułu obecnych, jak i mogących się ujawnić w przyszłości następstw zdarzeń z dnia 13 i 19 października 1984 roku zarówno w stosunku do Skarbu Państwa jak i sprawców przestępstwa”.

Niezwykłe to zobowiązanie, podobnie jak sama ugoda.

Było coś niepojętego w decyzji Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, łamiącego wszelkie obowiązujące wówczas kanony postępowania, czyli wyrażającego zgodę na wypłatę gigantycznego na owe czasy odszkodowania, w dodatku przedstawicielowi wrogiej opozycji.

Przez kilkadziesiąt lat treść tej ugody, pieczętującej oficjalną wersję zdarzeń, pozostawała opatrzona klauzulą najgłębszej tajemnicy.

Jak wyjaśnić tę ugodę?

Dlaczego mecenas Edward Wende nigdy nie ujawnił jej treści?

Utajnione dokumenty, do których dotarli prokuratorzy z ekipy śledczej Andrzeja Witkowskiego, wskazują jednoznacznie, że decyzja Ministerstwa Spraw Wewnętrznych to element logicznej, konsekwentnej i przebiegłej gry. Gry, w której stawką było nie „tylko” ujawnienie prawdy o najbardziej tajemniczej zbrodni PRL. Gry, która zaczęła się na długo przed zamordowaniem kapelana Solidarności i która dotąd nie została zakończona.

Jakie to były dowody i przesłanki?

2 lutego 1984 roku Waldemar Chrostowski został zarejestrowany przez sekcję I Wydziału IV Stołecznego Urzędu Spraw Wewnętrznych (SUSW) w Warszawie pod numerem 39785 jako zabezpieczenie operacyjne (ZO) do sprawy operacyjnego rozpracowania o kryptonimie „Popiel”. Rejestracji dokonał porucznik Włodzimierz Fijał z IV SUSW, a od listopada 1984 materiały dotyczące osoby Chrostowskiego były w gestii pułkownika Edwarda Janczury, szefa powołanej w ramach MSW Samodzielnej Grupy Operacyjnej. (Miarą znaczenia ZO lub tajnego współpracownika była ranga prowadzącego go funkcjonariusza – w tym przypadku bardzo wysoka). Nie wiadomo, jak przebiegało „rozpracowanie”, bowiem w grudniu 1989 roku teczka z materiałami dotyczącymi Waldemara Chrostowskiego została zniszczona – jak to określono – „z powodu braku jakiejkolwiek wartości operacyjnej”. Na trzeciej karcie ewidencyjnej dotyczącej kierowcy księdza Popiełuszki zachowała się jednak informacja, w której obok personaliów Waldemara Chrostowskiego podano także jego pseudonim operacyjny: „Desperat”. To, jak wynika z notatki IPN, bardzo ważna informacja. Wskazuje bowiem, że status zarejestrowanego uległ zmianie przez sam fakt nadania mu pseudonimu operacyjnego, co „w praktyce MSW odnosiło się wyłącznie do kandydata na tajnego współpracownika bądź tajnego współpracownika”.

Czy oznacza to, że Waldemar Chrostowski mógł zostać pozyskany przez Służbę Bezpieczeństwa do udziału w uprowadzeniu i zamordowaniu księdza Jerzego Popiełuszki? Trudno to definitywnie stwierdzić w oparciu o twarde dowody, gdyż te nie istnieją – „teczka” Waldemara Chrostowskiego została zniszczona w grudniu 1989 roku. W dokumentach IPN zawarto jednak następującą adnotację:„>Desperat< najprawdopodobniej był jednym z kluczowych źródeł operacyjnych aktywnie wykorzystywanych w sprawie o kryptonimie >Popiel<. Elementem również przemawiającym na rzecz wykorzystania >Desperata< w ramach sprawy operacyjnego rozpracowania kryptonim >Popiel< są zapisy na karcie o symbolu EO – 4A/77 (karta odsyłaczowa – zastawnikowa) dotyczącej Waldemara Chrostowskiego. Adnotacja odnośnie jednostek SB, które prawdopodobnie dokonywały tzw. koordynacji (m.in. Wydział V SUSW, Wydział II i Wydział III Departamentu III, Wydział IV WUSW Toruń) dowodzić mógłby kluczowego zainteresowania osobą Waldemara Chrostowskiego. Szczególną uwagę budzi adnotacja: „19 X 1984 r. – Wydział IV WUSW Toruń, szyf. 4022, brak powodu zapytania, b. pilne”, co może mieć związek z datą rozpoczęcia akcji uprowadzenia, a następnie pozbawienia życia księdza Jerzego Popiełuszki przez grupę z Departamentu IV MSW. Tym samym zarejestrowanie Waldemara Chrostowskiego w ewidencji operacyjnej SUSW w Warszawie nie mogło ograniczać się jedynie do tzw. zabezpieczenia operacyjnego w tak kluczowej sprawie i wysoce prawdopodobne jest, że przybrało ono pełną rangę operacyjnego źródła SB (informator, agent, rezydent, konsultant, kontakt operacyjny)”.

Rangę tego faktu podnosi inny fakt.

31 sierpnia 1987 roku mecenas Edward Wende, twierdząc, że występując w imieniu Waldemara Chrostowskiego, kierowcy, współpracownika i przyjaciela księdza Jerzego Popiełuszki, zawarł z Ministerstwem Spraw Wewnętrznych ugodę opatrzoną klauzulą najwyższej tajności. Jej przedmiotem były wydarzenia z 13 i 19 października 1984 roku, związane z uprowadzeniem księdza Jerzego

Czy to przypadek, że dwóch niezależnych biegłych profesorów, specjalistów z zakresu materiałoznawstwa i włókiennictwa, w oparciu o dokonane analizy w sposób jednoznaczny wykluczyło wersję ucieczki przedstawioną przez Chrostowskiego? Dlaczego kajdanki, które rozpięły się Chrostowskiemu w trakcie skoku, miały nadpiłowane ząbki?

Pytania można mnożyć w nieskończoność.

Z analizy Procesu Toruńskiego, zeznań złożonych przez świadków prokuratorowi Witkowskiemu i jego współpracownikom oraz zgromadzonych przez nich dokumentów wynika jednoznacznie, że dotychczas ujawniono bardzo niewiele z prawdy o najbardziej tragicznej i tajemniczej akcji SB, zaszyfrowanej przez służby specjalne PRL, jako operacja kryptonim „POPIEL”.

Pewne jest jedno: uprowadzenie księdza Jerzego i sama zbrodnia miała zupełnie inny przebieg, niż przyjmuje się w powszechnie obowiązującej do dziś wersji. Wersję tę uwiarygodnił człowiek, którego rola w tej historii nie została dotąd wyjaśniona.

Większość wskazanych tu faktów miała miejsce w momencie uprowadzenia księdza Jerzego lub była jego bezpośrednim skutkiem, a wiedza o nich została odkryta dopiero wiele lat później. Siłą rzeczy we wrześniu i październiku 1984 roku sam ksiądz nie mógł mieć przytaczanej tu wiedzy. A jednak intuicyjnie wyczuwał, zapewne w oparciu o przesłanki i obserwację własną, że powinien rozstać się z Chrostowskim.

I tak prawdopodobnie by się stało, gdyby nie tajemnicze spalenie mieszkania Waldemara Chrostowskiego, którego okoliczności nigdy nie zostały wyjaśnione, a sprawcy nigdy nie odnalezieni…

Z zeznań świadków wynika, że istotną rolę w siatce szpiegującej i inwigilującej księdza Jerzego odegrało m.in. kilku hutników z jego ochrony.

Mieliśmy świadomość, że jesteśmy inwigilowani przez Służbę Bezpieczeństwa, dlatego musieliśmy zachowywać wstrzemięźliwość w dzieleniu się informacjami. Ja ze swojej strony byłem poinformowany, że wśród nas działa agent Służby Bezpieczeństwa o damskim pseudonimie – nie wiem, czy to była kobieta. Mieliśmy też świadomość, że w pomieszczeniach parafii zainstalowany jest podsłuch. Po śmierci księdza Jerzego znaleźliśmy w jego mieszkaniu trzy tzw. pluskwy – jedną w zamku od drzwi, drugą w rozetce przy żyrandolu i trzecią w nieczynnym piecu kaflowym.

W mieszkaniu księdza proboszcza Teofila Boguckiego, w toalecie, również znaleźliśmy taką pluskwę. Dlatego nawet we własnym gronie, w pomieszczeniach parafii, staraliśmy się rozmawiać tylko o sprawach organizacyjnych” – zeznał prokuratorom Jan Marczak, szef służby porządkowej na terenie parafii Świętego Stanisława Kostki.

Równie interesującego odkrycia dokonał przewodniczący mazowieckiej Solidarności, Seweryn Jaworski. Latem i wczesną jesienią 1984 roku Karol Sz., jeden z zaufanych hutników, niespodziewanie zaczął mocno naciskać na księdza Jerzego, by ten wyjechał do Rzymu. Nalegania w tej sprawie były na tyle intensywne, że doprowadziły do poważnej scysji między Karolem Sz., a księdzem Jerzym. Całe wydarzenie można by potraktować w kategoriach troski o kapłana, gdyby nie jeden, na pozór marginalny, fakt.

Żona Karola Sz., stewardessa latająca na liniach międzynarodowych, w okresie poprzedzającym nagłe zainteresowanie jej męża wyjazdem księdza do Rzymu, została zawieszona w pracy, bo „mąż rozrabia z księdzem Popiełuszką”.

Poproszona przez przełożonych, by hutnik napisał tylko jeden raz „notatkę”, z kim ksiądz Jerzy spotyka się na plebanii, zgodziła się pomówić o tym z mężem. Jakich użyła argumentów – nie wiadomo. Wiadomo za to, że mąż stewardessy napisał jedną „notatkę” – a potem już musiał pisać podobne „notatki” kilka razy w tygodniu. Jak ustalili prokuratorzy z zespołu Andrzeja Witkowskiego, niedługo potem i już po naciskach na księdza zmierzających do jego wyjazdu do Rzymu, żona hutnika wróciła na linie międzynarodowe.

Karol Sz. podpisał tak zwaną lojalkę, do czego się przyznał dopiero wiele miesięcy później, gdy dowiedzieliśmy się o tym z innego źródła. Karol Sz. powiedział, że musiał podpisać, bo jego żona była stewardessą i gdyby on lojalki nie podpisał, to ona nie mogłaby wykonywać zawodu” – zeznał prokuratorom Alfred Burakowski.

Takimi prostymi, nieomal „kosmetycznymi” metodami Służba Bezpieczeństwa „łamała” współpracowników księdza Jerzego i doprowadzała do coraz większej jego samotności i izolacji.

Represje ze strony Służby Bezpieczeństwa, inwigilacja, agenturalne – tylko po części rozpoznane – otoczenie, niezrozumienie, ostra krytyka ze strony kościelnych hierarchów i rosnące poczucie zagrożenia oraz osamotnienia – wszystkie te elementy prowadziły do narastania w księdzu Jerzym poczucia osaczenia.

System urabiania, zastraszania i „łamania” osób otaczających kapelana Solidarności okazał się nieprawdopodobnie skuteczny.

W terroryzowaniu współpracowników księdza Jerzego brali udział nie tylko etatowi funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, ale też pozostający na ich usługach i funkcjonujący pod ich parasolem ochronnym także w III RP pospolici przestępcy.

Z notatki urzędowej sporządzonej przez jednego z prokuratorów z zespołu śledczego Andrzeja Witkowskiego wynika, że jednym z nich był J. – działający w bliskim otoczeniu księdza, podejrzewany o dokonywanie przestępstw kryminalnych, któremu „dziwnym trafem” udawało się uniknąć odpowiedzialności.

Terroryzowanie kapelana Solidarności i otaczających go osób rękoma pospolitych przestępców – ten diaboliczny pomysł w zestawieniu z innymi działaniami SB przynosił oczekiwane przez pomysłodawców efekty. Prześladowania Służby Bezpieczeństwa znacząco przerzedziły krąg przyjaciół Popiełuszki i odcisnęły piętno na nim samym. Skalę prześladowań Służby Bezpieczeństwa i wynikającego z nich osamotnienia księdza Jerzego potwierdzają zeznania współpracującej z kapłanem sędziny Joanny Sokół.

We wrześniu 1984 roku wszczęto wobec mnie postępowanie dyscyplinarne. Jako zarzut, postawiono mi, z tego co pamiętam, okazywanie sympatii i uznania podejrzanemu Popiełuszce. Pod koniec sierpnia 1984 roku pani sędzia z wydziału karnego Sądu Wojewódzkiego w Warszawie przeprowadziła ze mną rozmowę, w trakcie której zarzuciła mi, że ja utrzymuję kontakty z księdzem Popiełuszką. Zażądała, abym zaprzestała tych kontaktów. Odpowiedziałam na to, że to jest moja prywatna sprawa, z kim ja utrzymuję kontakty po godzinach pracy. Nie było dla mnie zrozumiałe, z jakiej racji ta pani ze mną w ten sposób rozmawia – nie byłam ani członkiem partii, ani kandydatem, nie miałam z nimi nic wspólnego. Nie pamiętam imienia i nazwiska tej pani sędzi. Jej syn orzeka obecnie w Sądzie Okręgowym w Warszawie. Potem, jak mówiłam, prowadzono przeciwko mnie postępowanie dyscyplinarne zakończone orzeczeniem, w wyniku którego orzeczono wobec mnie karę dyscyplinarną przeniesienia na niższe stanowisko. Zorientowano się, że nie ma specjalnie niższego stanowiska, na które można było mnie przenieść, w związku z tym rzecznik dyscyplinarny odwołał się od tego orzeczenia. Rozprawa odwoławcza odbyła się w dniu 10 stycznia 1985 roku w Ministerstwie Sprawiedliwości. Zakończyła się prawomocnym orzeczeniem Komisji Dyscyplinarnej Odwoławczej o usunięciu mnie z pracy ze skutkiem natychmiastowym.

W tamtym okresie, poza mną, z tego samego powodu została usunięta z pracy w sądzie ówczesna urzędniczka Sądu Wojewódzkiego w Warszawie – Mirosława Polakiewicz Szelenbaum, obecnie Polakiewicz Burek. Nie pracuje w sądzie, nie chciała wrócić. Razem z tą panią byłyśmy spisane w okolicy Placu Bankowego, kiedy to odprowadziłyśmy księdza Popiełuszkę na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich. (…) W lecie 1983 roku doszło do mojej świadomości, że teraz to samego księdza należało chronić w związku z tym, że zaczęto prowadzić przeciwko niemu dochodzenia. W ostatnim okresie życia księdza, przez cały 1984 rok, pozostawałam blisko księdza Popiełuszki. Ubywało osób z najbliższego otoczenia księdza. Atmosfera zastraszenia otaczająca księdza w miarę upływu czasu „gęstniała”.

Joanna Sokół była ostatnią bliską osobą, z którą pożegnał się ksiądz Jerzy. Przed wyjazdem do Bydgoszczy kapelan Solidarności poprosił, bym zaopiekowała się jego psem Tajniaczkiem. Gdy już się rozstali, ksiądz zawrócił, jeszcze raz się z nią pożegnał i uściskał Tajniaczka.

W październiku 1984 roku grunt pod „ostateczne rozwiązanie” tzw. problemu Popiełuszki był przygotowany w najdrobniejszych szczegółach. Trwające od wielu miesięcy przygotowania SB do decydującej rozgrywki dobiegały celu: osaczony przez Służbę Bezpieczeństwa, opuszczony przez własne środowisko, zdradzony przez najbliższych współpracowników ksiądz Jerzy Popiełuszko samotnie zmierzał ku swemu przeznaczeniu…

CDN

 Wojciech Sumliński

Autor,Link,Zródło:

Wojciech Sumliński

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s