Niewolnictwo w Polsce 2014.W Polsce jest praca. Dokładnie obóz pracy.


Via internet.W Polsce jest praca. Dokładnie obóz pracy.Praca: dwadzieścia godzin dziennie, przez siedem dni w tygodniu. Chorować się nie opłaca. Szef nalicza kary, a potem i tak trzeba nadrobić zaległości.Przerwa: góra pięć minut.
Kanapkę można zjeść w biegu lub na hali wśród pyłu, wgryzającego się w usta, pływającego w herbacie. Nocleg: luksusem jest ciepła woda.
Normą, zawilgocona rudera z rzuconym w kąt materacem i zaśmierdłym kocem.
Pensja: głodowa.

Ale może jej nie być w ogóle, wszystko zależy od kaprysu szefa.
Ta wyliczanka to codzienność setek osób, wykorzystywanych we współczesnych obozach pracy.
Nie w Hiszpanii, we Włoszech, czy państwach trzeciego świata. Obozach działających w Polsce.
Tuż za rogiem.

Współczesne niewolnictwo w Polsce

Najczęściej niewolnikami są cudzoziemcy. Ze wschodu. Tego bliskiego, sąsiedzkiego i tego dalekiego, egzotycznego. Polska, równie egzotyczna, miała być dla nich ziemią obiecaną. Stała się piekłem. Przyjechali nad Wisłę zarobić na lepsze jutro, dla siebie, swoich dzieci, najbliższych. Ich marzenia szybko zostały sprowadzone do parteru przez sadystycznych szefów ceniących wyżej zysk niż ludzką godność lub zmuszającą do nieludzkiego wysiłku mafię.

  • Bo to właśnie coraz częściej mafia zajmuje się sprowadzaniem cudzoziemców do pracy w Polsce. Przerzuca ich do klasycznych obozów pracy. Ludzie pracują tam w skandalicznych warunkach, takich, które jeszcze niedawno pokazywaliśmy na przykładzie naszych obywateli pracujących w różnych krajach Europy. Dziś mamy to samo zjawisko, tylko w Polsce, gdzie przybysze ze wschodu traktowani są tak samo jak nasi pracownicy np. we Włoszech – mówi Tadeusz Zając, główny inspektor pracy.

Pracuj, choćbyś umarł…

Na włoskie obozy pracy zapatrzył się właściciel pól z sadzonkami kwiatów w niewielkiej miejscowości pod Opolem. Potrzebował rąk do pracy, sporo, bo ponad sześćdziesiąt osób. Płacić za dużo nie chciał, więc sprowadził pracowników z Ukrainy, a nawet Tajlandii. Cudzoziemiec i mniej chce zarobić, i nie poskarży się tak od razu na złe traktowanie, bo nie zna języka. A skarżyć było się na co. Praca przy kwiatach, okazała się śmierdzącą robotą.

Pracować trzeba było na okrągło. Siedem dni w tygodniu. Bez ubezpieczenia, bez opieki socjalnej. Czasami na polu, czasami „na zapleczu” w nieczynnym elewatorze zbożowym. Zawsze długo. Normą było kilkanaście godzin dziennie, ale nikogo nie dziwiła praca nawet po dwadzieścia godzin na dobę – od świtu do późnej nocy. Odpocząć nie sposób, tym bardziej, że „hotel” to ten sam stary elewator zbożowy. Wilgoć i grzyb na ścianach, toalet nie ma, w kątach worki i połamane płyty eternitowe z rakotwórczym azbestem. Żyć się nie da. Ale człowiek ponoć się szybko przyzwyczaja. Choćby gonił już resztką sił.

  • Podczas naszej kontroli jedna z pracujących Ukrainek dosłownie słaniała się na nogach. Wezwaliśmy pogotowie. Karetka natychmiast zabrała ją do szpitala. Przez kilka dni kobieta była nieprzytomna, lekarze podejrzewali nawet, że ma wirusa tzw. świńskiej grypy. Okazało się, że miała obrzęk płuc. Nawet w takim stanie pracowała przy kwiatach – opowiada Łukasz Śmierciak, rzecznik prasowy opolskiej delegatury Państwowej Inspekcji Pracy.

Inspektorzy pracy na podmiejską plantacje kwiatów weszli pierwszy raz w październiku. Zostali tam do dziś. Firmę sprawdzają też strażacy, inspektorzy budowlani, sanepid, Straż Graniczna. Cudzoziemcy przebywali w Polsce legalnie, mieli nawet pozwolenia na pracę. Szkopuł w tym, że mieli pracować w zupełnie innych miastach, w różnych firmach. Jak to się stało, że wylądowali w obozie pracy pod Opolem wyjaśnią kolejne kontrole. Niektórzy nie czekają na jej rozstrzygnięcie. Część obcokrajowców wróciła do swoich krajów. Inni zostali w Polsce. Nadal wierzy w swoją szczęśliwą gwiazdę.

Musi to być mocna wiara, ponieważ warunki pracy w Polsce są dla obcokrajowców coraz gorsze. Państwowa Inspekcja Pracy policzyła, że przepisy łamie już co czwarta firma zatrudniająca cudzoziemców. Tylko w ciągu kończącego się właśnie roku dwukrotnie wzrosła liczba osób pracujących na czarno. Najwięcej Ukraińców, Chińczyków, Białorusinów, Hindusów. Ale nie tylko.

Chorujesz, płać karę….

Ostatnio głośno było o wykorzystywanych do niewolniczej pracy Filipinkach. Kobiety przyjechały do Polski zbierać pieczarki dla jednej z firm na Podlasiu. Obietnice mogły skusić. Praca osiem godzin dziennie, przez pięć dni w tygodniu. Do tego pieniądze za nadgodziny, ekwiwalent za wyżywienie, opieka medyczna. Bajka, zwłaszcza, że obiecana pensja, 560 dolarów miesięcznie, to dwa razy więcej niż czteroosobowa rodzina zarabia na Filipinach. Ale w Polsce nie było już mowy o lekarzu, wolnych dniach, dolarach. Był zabójczy akord – sto kilogramów pieczarek dziennie. Praca od świtu do nocy, bez wolnych dni, z pięciominutową przerwą na posiłek. Do tego żałosne pieniądze – 180 złotych za dwa tygodnie pracy.

  • Szef powiedział nam, że jak któraś będzie chora, to niech idzie do lekarza, ale zapłaci z własnych pieniędzy. Jeżeli będzie miała zaświadczenie, że jest chora, to może nie przyjść do pracy. W innym przypadku zapłaci karę za nieobecność. Co z tego, że będzie miała wolne za chorobę, jak potem musi potem zrywać dziennie nawet po dwieście kilogramów pieczarek, żeby nadrobić dni choroby. To fizycznie niemożliwe – skarżyły się Filipinki dziennikarzom „Słowa Podlasia”, którzy jako pierwsi opisali ich dramat.Kobietom pomogli mieszkańcy Parczewa, gdzie Filipinki mieszkają. Ksiądz zarządził zbiórkę ubrań, żeby kobiety nie chodziły w mroźne wieczory w letnich klapkach i cienkich swetrach. Część z nich jednak już uciekła z polskiego piekła. Miały dość kieratu. Inne zostały. Mają do spłacenia długi, które zaciągnęły na przyjazd do Europy. Średnio po cztery tysiące dolarów. Teraz liczą na pomoc prokuratorów, którzy zajęli się sprawą obozu pracy, w którym pracowały.
  • To właśnie materiał dla prokuratora. Trudno osoby, które wykorzystują i zmuszają do wręcz niewolniczej pracy, nazywać pracodawcami. To zwykli przestępcy i tak powinni być traktowani – mówi ostro Henryk Michałowicz, ekspert rynku pracy Konfederacji Pracodawców Polskich.

Kiedyś PGR, dziś obóz pracy…

Problem w tym, że nie wszystkie przypadki wyzysku wychodzą na światło dzienne. Najgorzej pod tym względem jest na dawnych popegeerowskich wsiach.

  • To druga, czarna Polska, której zupełnie nie znamy. Tam bieda aż piszczy, kto ma pracę jest szczęściarzem, o umowę nawet nie pyta. Zresztą na wsiach w ogóle nie istnieje zwyczaj zawierania umów o pracę, przestrzegania jakiś norm. Kwitnie wyzysk – uważa Lech Obara, mecenas znany m.in. z reprezentowania byłych pracowników sieci Biedronka, w głośnej aferze dotyczącej wyzysku pracowników przez dyskont.

Lech Obara przypomina sobie sprawę sprzed kilku lat. Na jednej wsi na Warmii działała chlewnia. Dawała utrzymanie całej wsi. – Wszyscy pracowali w niej na czarno. Kobiety, nawet dzieci. Były przypadki, że za swoją pracę nie dostawały pieniędzy, tylko mięso na obiad. Godziły się na to. Życie zmusiło je do tego – mówi mecenas Obara.

W miastach wcale nie jest lepiej. Łodzianka Wioletta Zelek o możliwości pracy w nadmorskim barze w Darłowie dowiedziała się od znajomych. Firma opłacała przejazd nad morze, wyżywienie, nocleg i dniówkę – sto złotych na rękę. Skończyło się na obietnicach.

  • Pracowaliśmy bez umowy, od ósmej rano do pierwszej w nocy, nie było mowy o dniu wolnym. Nawet na wyjście do toalety patrzyli krzywym okiem. Spać musieliśmy w namiotach, a szefowie karmić chcieli nas zielonym już mięsem. Gdy się zbuntowałyśmy, kazali nam się pakować. Zapłacili tylko połowę obiecanej stawki. O zwrocie kosztów podróży nawet nie chcieli słyszeć – opowiada nam Wioletta.

Wystarczy przejrzeć fora internetowe, żeby przekonać się, że przypadek łodzianki nie jest odosobniony. W sieci aż roi się od utyskiwań pracowników dużych firm rozsianych po całym kraju i małych, rodzinnych biznesów, zatrudniających tzw. pracowników sezonowych. Niektóre opisy firmowej rzeczywistości mrożą krew w żyłach.

-Sprzątanie w firmie jest surowo zakazane, choć trzeba im przyznać, że ostatnio z szatni wywieźli trzy pełne taczki śmieci. Gniły już. Dla szefów liczy się tylko produkcja. Pracowników traktują jak podgatunek. Nie mamy stołówki. Jemy posiłki na hali produkcyjnej, w oparach steryny i acetonu. Smród chemikaliów roznosi się wszędzie. Wszędzie pył. Ludzie piją go w herbacie i jedzą w kanapkach – napisał na swoim blogu jeden z internautów.

Oczy ze zdumienia przecierali też inspektorzy pracy z Bydgoszczy, kiedy przyszli skontrolować jedną z kwiaciarni w centrum miasta. Obok kwiaciarni był właz do piwnicy, w której rozgrywał się dramat kwiaciarek. W przenikliwym zimnie, kobiety przygotowywały wiązanki. Robiły to niemal po ciemku, ponieważ w piwnicy nie było okien. Nie było też ciepłej wody, a ubikacja urągała cywilizowanym normom. Panie musiały chodzić po „firmie” skulone, bo sufit był tak niski, że nie pozwalał na wyprostowanie sylwetki.

  • Nakazaliśmy właścicielce kwiaciarni zamknięcie firmy. Trwają kontrolę czy zastosowała się do naszych postanowień – mówi nam Katarzyna Pietraszak, rzeczniczka prasowa okręgowego inspektora pracy w Bydgoszczy.

Interes musiał też zwinąć „biznesmen” spod Opola, do którego kontrolerzy zapukali w sierpniu tego roku. W naprędce skleconej stodole bez drzwi i otynkowanych ścian mężczyzna prowadził zakład stolarki. Zatrudniał dwóch pomocników. Oczywiście na czarno.

Inspektorzy przyznają jednak, że wykrywane przez nich patologie, to tylko wierzchołek problemu. I na każdym kroku podkreślają, że coraz częściej zamiast z domorosłymi biznesmenami, mają do czynienia z dobrze zorganizowanymi bandami.(…)

Autor,Link,Zródło,Info,Zbigniew J Piskorz

http://www.goldenline.pl/grupy/Organizacje_i_stowarzyszenia/biuro-w-domu/w-polsce-jest-praca-dokladnie-oboz-pracy-wspolczesne-niewolnictwo-w-polsce-pensja-glodowapracuj-chocbys,1345796/

Advertisements

2 thoughts on “Niewolnictwo w Polsce 2014.W Polsce jest praca. Dokładnie obóz pracy.

  1. Czy jesteśmy niewolnikami we własnym kraju? Czy wystarczy nas dobrze nakręcic?
    Mamy najdroższe ceny za energie elektryczną,gaz,leki,internet,połączenia telefoniczne najdroższe prowizje bankowe i najwyższe w Unii Europejskiej % na pożyczki,najdroższe leki i opłaty za naukę.
    Wg szacunków GUS blisko 2,5 mln Polaków żyje w skrajnej biedzie (brak środków gwarantujących egzystencję). W 2011 roku liczba takich osób wzrosła o 18%. Wg Eurostatu aż 27,8% polskiej populacji (ponad 10 mln osób) żyje na co dzień w warunkach wykluczenia społecznego (brak możliwości oszczędzania spowodowany niskimi dochodami). To te grupy Polaków najmocniej odczuwają wszelkie podwyżki podatków, cen energii czy żywności. Zwróćcie uwagę na to, że gdyby Irlandczyk, Grek czy Niemiec zarabiał miesięcznie 1500 Euro i 6 euro wydawał na 1 litr paliwa, 25 euro na bilet do kina, 300 euro na średniej klasy buty, 5 tys. euro za metr kw. mieszkania i 80 tys. euro za średniej klasy nowy samochód, to na ulicach tych państw panowałaby ciągła rewolucja. Za to w Polsce propagandziści z ośrodków pro-rządowych dwoją się i troją, by zaszczepić wśród nas urzędowy optymizm oparty na iluzorycznej wizji co do stanu gospodarki i finansów publicznych głoszonej przez Jana Vincent-Rostowskiego. Zwykły obywatel naszego kraju, jeśli już ma jakąś pracę, zarabia ochłapy po 1500-2500 zł brutto. Porównując te kwoty do przeciętnych zarobków europejskich można głośno powiedzieć, że zarobki w Polsce to jeden wielki szwindel, największa patologia trawiąca nasz kraj, która sprawia że wszyscy dookoła traktują nas jako kolonię, dostarczyciela darmowej siły roboczej. Wielka szkoda, że media unikają tego tematu jak ognia i nikt na poważnie nie diagnozuje dlaczego Polacy zarabiają tak mało. Warto przypomnieć: minimalna płaca w Polsce to obecnie 1500 zł brutto (ok. 370 euro), zaś średnia płaca to około 3600 zł brutto (ok. 850 euro). Tak dla kontrastu: minimalna płaca w Irlandii (do której, swego czasu, establishment lubił porównywać Polskę) to 1400 euro (ok. 6000 zł), natomiast przeciętne płaca w tym kraju blisko 3000 euro (ok. 12900 zł). Pojawia się pytanie – dlaczego, pomimo upływu 23 lat od początku transformacji ustrojowej-gospodarczej, polskie płace nadal są dalekie od płac europejskich (dla porównania wziąłem Irlandię, ale nie chcę nawet wspominać że kontrast byłby jeszcze większy, gdyby polskie płace porównać z płacami krajów skandynawskich czy Beneluksu). Dlaczego polskojęzyczne media o tym milczą? Gdzie popełniono błędy? Czy kiedykolwiek Polacy będą zarabiali godnie? Czy niskie zarobki nie są tożsame z tym, że nasz kraj jest po prostu kolonią, a ludzie tutaj mieszkający są tanią siłą roboczą?

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s