Andrzej Koraszewski: Żydzi i życie.


Co wy tak ciągle o tych Żydach i Izraelu – pyta czytelnik, komentując nasz kolejny artykuł o Izraelu i Bliskim Wschodzie, a ja wyrzucam jego komentarz do kosza na śmieci, chociaż mam ochotę po raz tysięczny odpowiedzieć, że Izrael i Żydzi to nie nasza obsesja, a obsesja paranoicznego świata.

Ponad miliard dorosłych mieszkańców naszego globu ma silne antysemickie uprzedzenia. Trudno wyjaśnić dlaczego ONZ dyskutuje niemal wyłącznie o Izraelu, dlaczego im bardziej dramatyczny obrót przybiera wojna domowa w Syrii, tym bardziej nasilają się wysiłki Stanów Zjednoczonych w sprawie negocjacji pokojowych między Izraelem, a terrorystami rzekomo reprezentującymi Palestyńczyków. Nie sposób odpowiedzieć racjonalnie na pytanie, dlaczego kraj wielkości małego polskiego województwa nie tylko przyciąga więcej uwagi światowych mediów niż jakikolwiek inny kraj, ale ogniskuje również emocje szarych ludzi, którzy gotowi są uwierzyć w najbardziej absurdalne kłamstwa na temat Żydów i Izraela.

„Czy ktoś widział Żyda rolnika” – pyta polski internauta ni w pięć ni w dziewięć, po prostu żeby nie zapomnieć, czego go babcia nauczyła w dzieciństwie, a co babcia słyszała od swojej babci, bo w Polsce przed zaborami i pod zaborami Żydów rolników nie było i być nie mogło z powodu zakazu sprzedaży ziemi Żydom.

Polski żydowski szewc, krawiec, karczmarz, zegarmistrz, lekarz czy prawnik jechał do Palestyny i na początek uczył się rolnictwa, o którym nie miał zielonego pojęcia.

Inny czytelnik prosił mnie, żebym napisał o teologii zastąpienia, o głębokim religijnym przekonaniu chrześcijan i muzułmanów, że jakiś bóg zerwał przymierze z ludem Izraela i zawarł je sobie z chrześcijanami. Chrześcijańscy teolodzy powiadają: „to my jesteśmy teraz Izraelem, a Żydzi ludem potępionym”. Muzułmanie ujmują to trochę inaczej, ale na jedno wychodzi, miłości do Allaha obowiązkowo towarzyszy nienawiść do Żydów i jeśli cokolwiek łączy setki odmian islamu, to jest to nienawiść do Żydów, która jednak łączy ich osobliwie, bo muzułmanie potrafią się wzajemnie zabijać w sporze o to, kto bardziej i lepiej nienawidzi Żydów.

„Czy Żydzi zrobili kiedykolwiek cokolwiek dla innych ludzi?” – pyta mój inny, umiejący już składać literki rodak, wierny przekazywanej mu od kołyski rodzimej tradycji. Z pewnością największym żydowskim grzechem było danie ludzkości fundamentów chrześcijaństwa i islamu, bzdurnych opowieści Starego Testamentu, o dobrym dziadku w chmurach, który rzekomo stworzył świat i okolice, opowieści łatwiejszych do przekazywania ludkowi niż filozofia grecka czy rzymskie prawo, bo do tego wystarczą księża, a to drugie wymaga nauczycieli. Za ten dar dla ludzkości wdzięczność nie ma granic i wyrażała się przez stulecia na dziesiątki sposobów, od zwyczajnego pozbawienia elementarnych praw ludzkich, poprzez gwałty, rabunki, masowe mordy i wygnania aż do obozów zagłady włącznie.

Po niemal dwóch tysiącleciach wygnania i w sto lat po Rewolucji Francuskiej i uznaniu wyższości praw stanowionych nad tzw. prawami boskimi, po uznaniu przez europejskie i amerykańskie warstwy oświecone praw człowieka, Żydzi zaczęli starania o prawo powrotu do Palestyny. Najpierw były to uniżone prośby do tureckiego sułtana, a potem, w związku z upadkiem imperium osmańskiego, do zwycięzców, którzy ustanawiali nowy porządek świata po pierwszej światowej wojnie.

Obszar starożytnego Izraela to skrawek ziemi w samym sercu Bliskiego Wschodu, jeden z najbardziej suchych obszarów Ziemi, gdzie życie było całkowicie uzależnione od krótkiego okresu deszczowego, jednej niewielkiej rzeki i jednego jeziora o jedną trzecią większego niż nasze Śniardwy.



Rzeka Jordan. (Wymień dopływy Wisły większe od tej biblijnej rzeki.)


Ten wysuszony kawałek ziemi był dodatkowo wyniszczony przez barbarzyńskie prawa tureckich władców, którzy skolonizowali arabskich najeźdźców, którzy wyparli chrześcijańskich zdobywców, którzy zastąpili rzymskich kolonialistów, którzy wygnali stamtąd Żydów.

U schyłku imperium osmańskiego kolebka abrahamowych religii ziała pustką i nędzą, ale uciekający od rosyjskich, ukraińskich i polskich pogromów Żydzi woleli próbować przetrwanie na piachach i sezonowych malarycznych bagnach niż wierzyć, że pewnego dnia ich sąsiedzi w Polsce czy w Jemenie zaczną nagle okazywać ludzkie uczucia.

Ci uciekinierzy od swoich chrześcijańskich i muzułmańskich bliźnich kupowali za ciężką forsę od śmiejących się w kułak tureckich urzędników lub od przywódców arabskich klanów ziemię, której żaden doświadczony rolnik nie wziąłby nawet za darmo.

W 1992, byłem na pustyni Negev w kibucu Dvir. Eli Warsager należał do najstarszych mieszkańców kibucu. Jego rodzice jeszcze przed wojną wyjechali z Polski i osiedli na Kubie, więc jego pierwszym językiem był hiszpański, drugim angielski, a trzecim hebrajski. Nigdy nie mówił po polsku, kiedy w 1954 roku przyjechał do Izraela miał niespełna dwadzieścia lat i od razu przyjechał tu, na pustynię, budować założony dwa lata wcześniej kibuc.

Kibuc Dvir, kiedy go odwiedzałem, sprawiał wrażenie osiedla na Florydzie. Otoczone ogródkami, ładne i przestronne domki jednorodzinne, pośrodku osiedla imponujący basen kąpielowy, osiedle otoczone gajami drzew pomarańczowych, bananowych palm i polami na których rosła pszenica. Początki kibucu przypominał stojący na centralnym placu spalony czołg, świeżo odmalowany i służący dzieciom do najdzikszych zabaw. W pobliżu czołgu stało kilkanaście sosen.

-Tu, za tymi sosnami był nasz pierwszy barak, oczywiście sosen jeszcze wtedy nie było – powiedział Eli — wody mieliśmy wtedy tak mało, że koszule wolno było prać tylko raz w tygodniu.

W 1992 roku w cytrusowych gajach wodę dla roślin już dozowały komputery, oczywiście nikt nie musiał oszczędzać na wodzie do mycia się czy do prania. Oszczędzanie wody było tu jednak nie tylko stałym nawykiem, ale i całą, wspomaganą najnowocześniejszą techniką sztuką. Historii o prawie do prania koszuli raz w tygodniu młodzi słuchali jednak z uśmiechem.

Usiedliśmy w jego domu i patrzyłem przez okno na świeże ściernisko. Przy drodze, na skraju pola dwóch beduińskich chłopców pasło stadko kóz. Uderzał kontrast między zamożnością mieszkańców kibucu i tymi beduińskimi dziećmi, które mogłyby być statystami w filmie o średniowieczu.

Jak ci szewcy, krawcy, prawnicy zmusili pustynię, żeby kwitła? To długa i fascynująca historia poszukiwania żyznej ziemi pod grubymi warstwami piachu, chronienia jej przed zasypaniem, nawadniania tak, żeby roślina dostała jak najwięcej wody zanim ta wsiąknie w piach lub wyparuje.

Kilka dni temu czytałem krótką notkę  o 12 izraelskich wynalazkach, które pomagają wyżywić ludzkość.  Ta lista zaczyna się od nawadniania kropelkowego. Sama idea jest starsza niż Izrael, ale izraelski inżynier Simcha Blass wymyślił system, pozwalający na równomierne powolne dawkowanie wody na małych i dużych plantacjach. Od 1965 roku działa w Izraelu cały przemysł oparty na tym wynalazku.  Co więcej, jest to dziedzina nieustannie rozwijająca się, prowadzi do minimalizacji zużycia wody dla rolnictwa, precyzyjnego dawkowania nawozów, oszczędniejszego wykorzystania ziemi.


Izrael nie tylko eksportuje zarówno supernowoczesne urządzenia  nawadniające, jak i te zdumiewająco proste i tanie, ale w ramach pomocy dla krajów Trzeciego Świata udostępnia bezpłatnie swoje technologie i są one stosowane w takich krajach jak Kenia, Benin, Niger czy Południowa Afryka.

Kiedy mowa o pomocy, to warto tu wspomnieć wymyślone specjalnie dla ubogich krajów tanie pojemniki do przechowywania zboża, które chronią zbiory przed szkodnikami, wilgocią i przesuszeniem. W wielu krajach Trzeciego Świta rolnicy tracą około 50 procent zbiorów, te proste i tanie urządzenia pozwalają zachować praktycznie rzecz biorąc 100 procent zbiorów.


Wśród tych izraelskich dań pomagających wyżywić ludzkość są hodowle trzmieli do zapylania roślin w szklarniach, sterylne muszki owocowe zwalczające pewne rodzaje szkodników na drzewach owocowych,  a nawet specjalne, genetycznie modyfikowane pająki do zwalczania lądzieni.

Maleńki Izrael jest gigantem jeśli idzie o biotechnikę, ale rewolucja, która w niemałym stopniu wpłynie na dalsze losy świata jest tylko pośrednio związana z rolnictwem. Izrael już dziś uzyskuje 35 procent wody pitnej z odsalanej wody morskiej.

Ostatnia zima jeszcze niedawno oznaczałaby tragedię, była to bowiem zima z najmniejszą ilością opadów w historii Izraela. Jak  donosiła izraelska prasa, nie spowodowało to żadnych zakłóceń ani w zaopatrzeniu w wodę mieszkańców, ani kłopotów dla rolnictwa (nawiasem mówiąc woda dla rolnictwa, to w sporej części woda z odzysku z miejskich oczyszczalni).

Od 2005 roku Izrael uruchomił cztery przedsiębiorstwa odsalania wody, a piąte ma być uruchomione jeszcze w tym roku. W przyszłym roku te przedsiębiorstwa będą pokrywały ponad 40 procent zapotrzebowania na wodę, zaś do roku 2050 odsalana woda morska powinna pokrywać 70 procent zapotrzebowania na wodę.

Spory o wodę były od wieków przyczyną niezliczonych konfliktów zbrojnych, zaś w dyskusjach na temat zmian klimatycznych wielu katastrofistów zdobywa uwagę dziennikarzy mrocznymi obrazami świata, w którym głód i wojny spowodowane są głównie brakiem wody pitnej.

Problem wody jest jednym z głównych elementów konfliktu izrelsko-palestyńskiego (mało kto wie, że jest również jednym z nielicznych pól jakiej takiej współpracy). Zgodnie z porozumieniem z Oslo podział zasobów wodnych miał wynosić 20 procent dla Zachodniego Brzegu oraz Gazy i 80 dla Izraela. Izrael udostępnia więcej niż przewiduje umowa, ale domaga się od Autonomii Palestyńskiej działań zmierzających do oszczędnego wykorzystania tych zasobów, do edukacji społeczeństwa, wsparcia rolników, budowania oczyszczalni, dbania o wody gruntowe przez wyłącznie planowe zakładanie studni. Izrael gotów jest do daleko idącej pomocy i współpracy na tym polu. Tu jednak chcący tej współpracy Palestyńczycy, natrafiają na opór i wrogość swoich władz i na międzynarodowe wsparcie nie tylko źle poinformowanych „humanitarystów” w rodzaju pani Joanny Ochojskiej, ale i  polityków w rodzaju pani Ashton czy ludzi prezydenta Obamy.



Młody palestyński rolnik kieruje motyką strumień wody na swoje poletko we wsi Battir.
Większość palestyńskich rolników  stosuje starożytne metody nawadniania, znane w tym regionie od czasów rzymskich.  
Foto: Hadas Parush / Flash90


W grudniu ubiegłego roku podpisano izraelsko-jordańsko-palestyńskie porozumienie o budowie największego na świecie przedsiębiorstwa odsalania wody na terenie Jordanii (informująca o tym wcześniej BBC zapomniała powiedzieć, że projekt i technologia są izraelskie, a Izrael jest głównym parterem tego przedsięwzięcia i jak tu się dziwić zagubieniu pani Ochojskiej?).

Wodę można dziś bez trudu skreślić z listy konfliktów arabsko-izraelskich. Jest to całkowicie realne z technicznego punktu widzenia, pewnym problemem mogą okazać się moralne opory palestyńskich władców wobec współpracy z „okupantem” i konieczności zrobienia czegokolwiek dla własnego społeczeństwa.

Aaron Menenberg jest amerykańsko-izraelskim ekonomistą, w latach 2010-2011 był zaangażowany w izraelski projekt rządowy pomocy dla palestyńskich rolników. Próby dotarcia z pomocą do konkretnych ludzi i konkretnych palestyńskich przedsiębiorstw natrafiały na nieustanne opory ze strony władz Autonomii Palestyńskiej.

Menenberg w artykule Terrorists&Kleptocrats: How Corruption is Eeating the Palestinians Alive pokazuje konkretne przykłady złej woli i braku zainteresowania losem Palestyńczyków ze strony przeżartych korupcją elit.

Po powrocie do Stanów autor bezskutecznie próbował pokazać amerykańskim politykom na czym polega problem. Odwoływał się nie tylko do własnych doświadczeń. W swoim artykule pisze między innymi:

Badacz Bliskiego Wschodu Jonathan Schanzer wyjaśnia w swojej najnowszej książce  State of Failure, iż amerykańskie podejście do Autonomii Palestyńskiej okazało się niepowodzeniem, ponieważ są to nieustanne próby “skłonienia ich do powiedzenia ‘tak’ w procesie pokojowym, bez żadnych prób przekształcenia władz AP, by stały się odpowiedzialnym i budzącym zaufaniem rządem. Właściwym podejściem – jak pisze ten autor – byłoby żądanie reform podatkowych, sprawnej administracji i równoczesnych negocjacji w spornych kwestiach z Izraelem. Przez krótkowzroczne oczekiwania, że obecni palestyńscy liderzy powiedzą „tak”, Ameryka podtrzymuje skorumpowane i zdaniem samych Palestyńczyków nielegalne władze Autonomii.

Aaron Menenberg pisze, że jego własne doświadczenia z palestyńskimi rolnikami z jednej strony i z palestyńskimi władzami z drugiej całkowicie potwierdzają te obserwacje. Administracja Autonomii jest nieprawdopodobnie skorumpowana. Dominujący na Zachodnim Brzegu Fatah, to mafia uprawiająca nepotyzm i uniemożliwiająca jakiekolwiek zmiany.

Autor opisuje jeden konkretny przykład zrozpaczonego rolnika, któremu zakazano współpracy z izraelską firmą pod groźbą cofnięcia pozwolenia na eksport. Manenberg jako państwowy urzędnik nie mógł osobiście interweniować, ale namówił kilku dziennikarzy na obecność z kamerami podczas protestu palestyńskich rolników w Ramallah. (Ostatecznie żaden z tych dziennikarzy niczego nie napisał, ale sama ich obecność wystarczyła, żeby palestyńscy urzędnicy rządowi złagodzili swoje stanowisko.)

„Przepaść między palestyńskim społeczeństwem a jego władzami jest przerażająca – kończy swój artykuł Manenberg – i to się nie zmieni, jak długo rządy i organizacje wspomagające finansowo te władze nie zmienią swoich oczekiwań. Pierwszym krokiem powinno być powiązanie wszelkiej pomocy z przejrzystością i żądaniem odpowiedzialności przed palestyńskim społeczeństwem. Darczyńcy powinni nalegać na reformy systemu finansowego i prawnego, jak również na budowanie niezależnego systemu wymiaru sprawiedliwości oraz oświaty. Są to niezbędne elementy ekonomicznego wzrostu i tworzenia nowoczesnego narodu.  Niestety, jak długo my i inni donatorzy odmawiamy podjęcia tych kroków, jesteśmy częścią problemu i nie przyczyniamy się do jego rozwiązania”.

Zaledwie w kilka minut po lekturze tego artykułu, czytałem śmieszne doniesienie BBC o wspólnej modlitwie w Watykanie papieża Franciszka, prezydenta Izraela, Peresa i prezydenta Autonomii Palestyńskiej, Abbasa.

Trzej panowie powiedzieli kilka okrągłych słów, zasadzili drzewko oliwne i pozowali do zdjęć bandzie błaznów nazywanych dziennikarzami.

BCC przypomniało, że “Prezydent Izraela pełni wyłącznie ceremonialne funkcje i nie odgrywa żadnej formalnej roli w procesie pokojowym. Jego kadencja kończy się w tym miesiącu”.

Ta jedna z najbardziej szacownych instytucji medialnych na  świecie zapomniała dodać, że kadencja „prezydenta” Autonomii Palestyńskiej upłynęła pięć lat temu, że właśnie zawarł pakt z organizacją terrorystyczną „Hamas”, a w trakcie tych zabawnych modlitw do trzygłowego boga o pokój, z terenu Gazy odpalano rakiety na izraelskie miasto.

Mój umiejący składać literki rodak, który pytał  „Czy Żydzi zrobili kiedykolwiek cokolwiek dla innych ludzi?”, zapewne nie słyszał w szkole o historii literatury, o historii medycyny, o historii handlu, o historii nauki, zapewne do głowy mu nie przychodziło zastanawianie się nad tym, jak powstał komputer, na którym pisał o naukach swojej babci. Ten akurat mój rodak zapewne tego artykułu nie przeczyta. Po latach uporczywego tłumaczenia i pisania artykułów o Bliskim Wschodzie i Izraelu dostaliśmy kilka, może nawet kilkanaście listów od czytelników piszących, że udało nam się sprowokować do ponownego przemyślenia poglądów ukształtowanych przez BBC, ONZ, „Gazetę Wyborczą” i inne media wspierające tradycję chrześcijańską, europejską, narodową i rodzinną. Małe jest piękne, mamy powody do satysfakcji.

P.S. Nie mogę wykluczyć, że to właśnie woda okaże się najbardziej bezcennym darem Izraela dla ludzkości. Twierdzenie, że darem życia ważniejszym niż Stary Testament, byłoby bluźnierstwem wobec humanizmu, chociaż paradoksem jest tu fakt, iż obowiązek powszechnej nauki umiejętności czytania tej księgi przez żydowskich chłopców od czasów starożytności, w niemałym stopniu przyczynił się do tego, że Żydzi wnieśli tak ogromny wkład do ludzkiej cywilizacji, o której współczesny egipski filozof słusznie powiada, że jest tylko jedna, cała reszta to lepsze lub gorsze subkultury, jakże często skażone głupią, bezmyślną nienawiścią.


Andrzej Koraszewski to były dziennikarz BBC (także wiceszef polskiej sekcji) i współpracownik paryskiej „Kultury”. Z „Racjonalistą” w charakterze zastępcy redaktora naczelnego współpracował od września 2004 r. do grudnia 2013 r.


Tekst ukazał się na portalu Andrzeja i Małgorzaty Koraszewskich LISTY Z NASZEGO SADU (listyznaszegosadu.pl)





Original

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s